Na potrzeby tej notki aż stworzyłam, oldskulową metodą, w paincie, schemat poglądowy. Uznałam, że szybciej narysuję, niż wytłumaczę jedną kwestię 😀
Mamy w najbliższym dużym mieście swój ulubiony klub jazzowy. Choć mamy do niego blisko 50 km, to jeżeli jesteśmy w Polsce, staramy się w nim być minimum 2 razy w miesiącu (choć bywało, że w jednym tygodniu odwiedzaliśmy go 2-3 razy). A w tym klubie mamy swój ulubiony stolik. Bardzo blisko sceny, dzięki czemu czasami nawet rozmawiamy sobie z wykonawcami 😉 Jesteśmy już nawet niemal-zaprzyjaźnieni z właścicielką i niektórymi stałymi bywalcami, z krakowskiego światka jazzowego.
Przy stoliku są 4 miejsca. A ponieważ praktycznie przylega on do sceny, to te miejsca są ułożone mniej-więcej tak:

Zwykle, kupując bilety przez Internet , kupujemy miejsca nr 2 i 3. Bo to miejsca idealne 😉 w których siedzi się twarzą do stolika i twarzą do sceny, równocześnie.
I kiedy kupujemy tak bilety, to pomijając jakieś bardzo popularne koncerty, kiedy jest komplet (to rzadka sytuacja), zwykle nie ma obcych chętnych, którzy chcieliby kupić te 2 pozostałe.
Czasami zdarza się, że ktoś z naszych znajomych dołącza do nas. Wtedy się zwykle przesiadamy i my siedzimy np. na miejscach 1 i 2, a oni – 3 i 4, choć jest to mniej wygodne – osoby na miejscach 1 i 4 siedzą albo bokiem do sceny, albo do stolika.
Zdarza się też, że kiedy jest komplet, ktoś dosiada się do naszego stolika i jeżeli tylko poprosi o to, to również się przesiadamy. Bo zasadniczo nie jesteśmy wredni. Zasadniczo… 😉
W miniony weekend, w sobotę, znowu byliśmy na koncercie. Postanowili dołączyć do nas jedni znajomi, ale w dzień koncertu wracali samolotem z wakacji, więc nie było 100% pewności czy zdążą. Dlatego nie dokupowaliśmy biletów. Zerknęłam tylko w sobotni poranek, że biletów jest jeszcze sporo, a miejsca koło nas – nadal wolne. I to mnie uspokoiło – nasi znajomi mogli spokojnie dokupić bilety na miejscu.
Wieczorem ulokowaliśmy się w czwórkę przy stoliku w klubie, siadając tak jak zwykle, parami 1-2 i 3-4. Złożyliśmy już zamówienie u kelnera, gdy okazało się, że jest “drobny” problem. Pojawiła się para, która… kupiła te dwa miejsca koło nas. Obsługa, chcąc nam pomóc, próbowała zaproponować im inne miejsca z tych, które zostały jeszcze wolne. M.in. wolny był inny stolik, blisko sceny, dla dwóch osób. Był to stolik nie gorszy od naszego, tylko po prostu mniejszy – sami z niego czasami korzystamy, gdy przychodzimy tylko we dwoje a nasz ulubiony jest już zajęty (tylko wtedy nam się talerze na nim nie mieszczą, bo staramy się zawsze zamawiać coś do zjedzenia). Ale oni byli nieugięci. Stwierdzili, że chcą siedzieć akurat przy tym stoliku, na miejscach, które kupili.
Cóż było robić? Znajomi poszli do tego innego wolnego stolika przy scenie, a my przesiedliśmy się. Już nie siedzieliśmy na miejscach 1 i 2 tylko 2 i 3 – na które mieliśmy bilety. Dla “konsekwentnych” gości zostały miejsca, które nie sąsiadowały ze sobą – mieli siedzieć rozdzieleni nami.
Przyszli. Popatrzyli na wolne miejsca, a facet zapytał:
– Czy nie przeszkadzałoby…. – nie zdążył dokończyć zdania, ale wykonał gest, z którego łatwo było wyczytać intencje – chciał, abyśmy się przesiedli tak, aby oni mogli siedzieć obok siebie.
I ja, i Małż, przerwaliśmy mu, mówiąc równocześnie:
– Przeszkadzałoby.
Bo nie jesteśmy wredni, zasadniczo. Ale jeżeli ktoś jest tak nieelastyczny, że mimo propozycji obsługi, uparł się, że nasi znajomi muszą się przesiąść, to za grube przegięcie uważam oczekiwanie, że my z kolei będziemy się przesiadać, będzie komuś z nas mniej wygodnie, żeby oni mieli lepiej. Nawet nasza uprzejmość ma jakieś granice… Poza tym, chyba chcieli siedzieć dokładnie na miejscach, które kupili 😉
Na szczęście znajomi byli zachwyceni koncertem i zmiana stolika nie przeszkadzała im za bardzo 🙂 Czyli wszyscy zadowoleni. No, może poza przygodnymi sąsiadami, którzy musieli siedzieć, rozdzieleni 😀