Czego nauczyła mnie Lucynka

Kiedy latem pisałam o Dybuku, wspomniałam również, że z Hiszpanii przywieźliśmy jeszcze jedną kotkę.

Ale dotąd nie opisałam tej historii.

Nieopodal naszego hiszpańskiego domu jest kolonia kotów bezdomnych, którą opiekuje się nasza dalsza sąsiadka – Dora. Kiedy poznaliśmy to “towarzystwo”, w kolonii akurat było około 10 kotów, w tym piątka kilkumiesięcznych kociaków. Ale szybko okazało się, że ta liczba jest raczej płynna. Koty odchodziły, umierały, za to pojawiały się nowe.

Staramy się pomóc Dorze, więc od początku dokarmialiśmy koty, dorzucaliśmy się do sterylizacji, nawet zorganizowaliśmy, kompletnie nielegalnie, akcję podawania niewysterylizowanym kotkom zastrzyków z hormonalną antykoncepcją.

Po roku od początku naszych kontaktów z kolonią, pojawiła się w niej malutka tricolorka – córka jednej kotki, która teoretycznie ma właścicieli, ale ignorują kwestie jej sterylizacji, więc Mamuśka 2-3 razy w roku ma młode.

Tricolorka okazała się być uroczym dzikusem – dawała się głaskać, ale tylko podczas jedzenia. Podchodziła do nas z rezerwą, choć z Dorą była zdecydowanie bardziej oswojona.

Podczas jednej z naszych wizyt w Hiszpanii, przekazaliśmy opiekunce kasę na wysterylizowanie małej, żeby nie powtórzyła historii Mamuśki. Niestety, kiedy była już umówiona wizyta, przyszła powódź w 2024 roku. Koteczka zniknęła. Wróciła po kilku miesiącach, w tak zaawansowanej ciąży, że na sterylizację aborcyjną było za późno. Urodziła dzieci gdzieś w ukryciu i do kolonii przychodziła tylko, żeby coś zjeść.

I to ją prawdopodobnie uratowało.

Gdy jej dzieci były małe, kolonię zamieszkałą wówczas przez siódemkę rezydentów, napadły 3 psy myśliwskie, które rozszarpały 5 kotów 🙁

Poza tricolorką ocalał jeden kocur, zwany przez nas Burkiem (a przed Dorę – Pepito) i jedna kotka – Blanca.

Kiedy przyjechaliśmy znowu do Hiszpanii, kilka miesięcy po tej tragedii, Dora poprosiła nas czy moglibyśmy zabrać jakieś z kotów do siebie. W tej okolicy psy myśliwskie dość często zabijają koty. Są szkolone do polowań na dzikie króliki, a szkolenie polega po prostu na szczuciu ich na te niewielkie zwierzęta 🙁

Postanowiliśmy, że zabierzemy Blankę i tricolorkę, i poszukamy im nowych domów w Polsce. Planu nie udało nam się zrealizować. Blanca na widok transportera, do którego chciała ją zapakować Dora, bardzo sprawnie uciekała i ukrywała się – chyba pamiętała jeszcze, jak wylądowała w transporterze na całą dobę, przed sterylizacją. Małą udało się złapać i z początkiem lipca trafiła do nas.

Tuż przed odłowieniem wyglądała tak:

Odłowiliśmy ją tuż przed powrotem do Polski, kamperem. Żeby zminimalizować ryzyko, że ucieknie nam przed wyjazdem, 48 h przed, a potem – 3 dni w podróży spędziła w klatce. Szalała w niej tak, że dostała od nas imię Lucynka. Lucynka, czyli zdrobnienie od Lucyfera.

Cała akcja z odłowieniem i transportem była dla niej taką traumą, że choć minęło 8 miesięcy, Lucynka nie oswoiła się z nami. Tym sposobem stała się kotem nieadoptowalnym.

Zdecydowanie zmieniła się fizycznie.

Zamieszkała w pokoju, który jest moim pokojem do pracy, ćwiczeń itp. Żyje w nim, ale bardzo często udaje, że jej tu nie ma. Kiedy już niemal wydaje się, że nieco się oswoiła, wychodzi częściej zza mebli, podchodzi po smaczka na odległość mniejszą niż metr, dzieje się coś, co na nowo wytrąca ją z równowagi. Kiedy jedna z naszych kotek musiała tu zamieszkać na 24 h, przeraziło ją to do tego stopnia, że cofnęła się w oswajaniu o kilka miesięcy.

Nie jest głodna, jest wysterylizowana, więc nie grozi jej niekontrolowane rozmnażanie, nie zagryzą jej myśliwskie psy, ale nie sprawia wrażenie szczęśliwej 🙁 Jest zawsze czujna, napięta…

Czego nauczyła mnie Lucynka? Że są koty, których nie powinno się zabierać z naturalnego środowiska. Że nie każdego kota da się oswoić – i piszę to z prawdziwym żalem. Tym większym, że jestem osobą, do której tulą się kompletnie obce czy bezpańskie koty w różnych miejscach. Takie które spotykają mnie pierwszy raz.

Że marzenie, że kot zabrany z kolonii usiądzie ci kiedyś na kolanach, wcale nie musi się spełnić.

I że ludzkie przekonanie, że zawsze wiemy, co dla zwierzęcia jest najlepsze, wcale nie musi być słuszne.