Wiele rzeczy mnie porusza, ale ostatnio szczególnie poruszyły mnie dwie informacje w necie.
Ktoś zablokował wyjazd z remizy strażakom-ochotnikom, parkując im na bramie swój samochód. Strażacy nie mogli łatwo wyjechać do tonącego. Spóźnili się, człowiek umarł.
Ktoś nakleił “karnego qtasa” na karetce zaparkowanej pod blokiem, poza miejscem parkingowym, w czasie, gdy załoga karetki ratowała czyjeś zdrowie i życie. Karetka stała na bombach, więc raczej powinno być jasne, dlaczego tam się znajduje.
Te wiadomości poruszyły mnie szczególnie między innymi dlatego, że doskonale pasują do tego, co obserwuję, kiedy muszę się spotkać z przypadkowymi osobami w przestrzeni publicznej.
Spora część mojego świadomego życia upływa pod hasłem “Nie mam prawa utrudniać życia innym”. Zatem, jeżeli np. na skrzyżowaniu pomylę pasy, to konsekwencję swojej pomyłki (czas stracony na wydłużeniu jazdy do celu) biorę na swoją klatę, a nie oczekuję, że ten czas wydłuży się innym, gdy będę wpychać się na właściwy pas, blokując komuś przejazd. Zbieram gówna swoich psów i staram się, żeby nigdzie żaden śmieć po mnie nie został. I wiele, wiele innych. Ale wraz z upływem czasu, mam wrażenie, że coraz częściej jestem w mniejszości. Że większość nie tylko nie potrafi przewidzieć skutków swojego działania, dalej niż tu i teraz, ale nawet nie chce zauważyć, że ich działania mają wpływ na innych.
Na drodze, w sklepie, w każdym innym miejscu. Mam wrażenie, że coraz więcej ludzi żyje tak, jakby byli atomami w próżni. Atomami, którym stale w uszach brzmi piosneczka o refrenie “Ja! Ja! Ja!”.
Każdego razu, gdy przyjadę do Krakowa, obserwuję typów (niestety, jakoś tak się składa, że zwykle są to panowie), którzy objeżdżają korek i wpychają się, żeby nieco zaoszczędzić, kosztem innych.
Za każdym razem, gdy jestem w sklepie wielkopowierzchniowym, obserwuję ludzi, którzy zostawiają swoje wózki między półkami tak, jakby brali udział w jakimś konkursie na największe utrudnienie przejazdu innym.
Na spacerach z psami obserwuję rowerzystów, którzy przejeżdżają z dużą prędkością po pieszych alejkach parku, wśród bawiących się dzieci i prowadzonych psów, choć parę metrów dalej są alejki rowerowe.
Kiedy jest pogoda, co rano o 5.45 budzi mnie wycie ścigacza, na którym ktoś przejeżdża przez wioski, z dużą prędkością. Zapewne jedzie do najbliższego miasteczka na 6.00 do pracy, ale robi to, sądząc po dźwięku, znacznie przekraczając limit w terenie zabudowanym. Jeżeli mnie, mieszkającą o 700 metrów w linii prostej i 100 m powyżej asfaltu, budzi ten dźwięk, to jak muszą go słyszeć mieszkający przy drodze?
Ale co tam inni, skoro liczę się tylko ja, ja ja!
