Państwo, które torturuje

Dyskutujemy czasem z Małżem o sprawach fundamentalnych.

Dużo o religii – nic dziwnego, jestem wszak wojującym antyklerykałem, o stereotypach damsko-męskich – nic dziwnego, jestem wszak wojującą feministką, o patriotyzmie itd.

Niedawno Małż powiedział, że mimo wszystko on kocha nasz kraj.

Ja się zacukałam. Bo to bardzo skomplikowane uczucia. Niby wychowano mnie w duchu obywatelskim i patriotycznym. Ale to takie patriotyzm, który oznacza chodzenie na wybory, sprzątanie kup po psie i nie śmiecenie, a nie – machanie szablą, sztandarem i domaganie się, aby inni z mojego kraju wypierdalali. Z drugiej strony, od lat przyglądam się, jak mój kraj, swoimi organami i funkcjonariuszami wskazuje mnie jako wroga – bo feministka, bo samotna matka, bo tolerancyjna wobec odmienności.

A niedawno przeczytałam historię Anity, którą lekarze chcieli zmusić do urodzenia dziecka z bardzo ciężkimi wadami i przypomniało mi się, dlaczego jeszcze nie potrafię kochać Polski.

Bo to kraj, który torturuje swoje obywatelki, w imię religijnych przekonań niektórych.

To kraj, który wyżej stawia istnienie płodu, niż istnienie i dobrostan kobiety.

To kraj, w którym kobieta jest zmuszana do heroizmu i poświęcania swojego zdrowia i życia dla dobra dziecka, które się jeszcze nie urodziło, a jednocześnie mężczyzna nie ma obowiązku oddać swojemu już żyjącemu dziecku choćby krwi.

Dlatego, sorry, Polsko, nie mogę cię kochać.