Stałam w kolejce do kasy w sklepie z owadem. Przede mną stała klasyczna jednopłciowa rodzina polska 😉 Czyli matka koło 25.-30. roku życia, z rocznym dzieckiem i starszą kobietą. Widać było wyraźnie, że inicjatorką i organizatorką tych zakupów była młodsza z kobiet.
Miała wiele produktów promocyjnych i przy każdym z nich pytała kasjerkę czy promocja “weszła”*.
– Te duże czekolady są po 20 złotych, ale jak się bierze dwie, to druga powinna być za złotówkę. Weszło to?
Kasjerka potwierdziła.
Po paru minutach, w połowie kasowania moich produktów, wróciła poprzednia klientka.
– Ale promocja na te czekolady nie weszła!
– Na pewno weszła, sprawdzałam czy się odjęło, jak kasowałam.
– To niech pani popatrzy – klientka wetknęła kasjerce paragon.
A ta przeczytała na głos:
– No, jest: Pierwsza czekolada – 14,99 złotych. Druga czekolada – 5,99 złotych.
– Czyli nie weszło! – triumfalnie zakomunikowała klientka – Bo ta druga czekolada miała być za złotówkę!
Kasjerka popatrzyła bezradnie i zaproponowała:
– To ja zawołam menadżera….
Miałam ogromną ochotę przekonać się, jak menadżer wyjaśni młodej klientce zawiłości matematyki na poziomie IV klasy szkoły podstawowej, ale reszta moich zakupów właśnie została skasowana i nie miałam żadnego powodu, by stać tam dłużej. A szkoda.
* to akurat doskonale rozumiem. Markety wycinają takie numery, że jeżeli komuś zależy na skorzystaniu z promocji, to musi tego pilnować b. dokładnie.