Będzie nas więcej?

Półtora miesiąca temu, pod nasze hiszpańskie okno przyszła mała, czarna koteczka bez ogona. Szybko okazało się, że jeszcze bardziej niż jedzenia, potrzebuje ona domu i naszego towarzystwa.

I choć pierwotnie plan był nieco inny, miała zostać przez nas przekazana do adopcji w Polsce, to wyszło jednak tak, że miesiąc temu przemyciliśmy do Polski naszego siódmego kota (wraz z nią – inną kotkę, ale to koleja historia).

Jestem świadomym i odpowiedzialnym człowiekiem. Kiedy ją przygarnialiśmy, zaskoczyły mnie jej zaróżowione sutki. Na wszelki wypadek, tego samego dnia, zabraliśmy ją do lokalnego weterynarza. Ten zrobił jej USG i odpowiedział przecząco na moje pytanie czy kotka przypadkiem nie jest w ciąży. W jego ocenie, był to jeszcze kociak.

Czyli – na sterylizację – za młoda, na sterylizację aborcyjną – za mało w ciąży 😉

Po dwóch tygodniach w domu, kotka zaczęła się zaokrąglać. Nie zaskoczyło to nas. Wszak biedne, bez wątpienia porzucone zwierzątko, wreszcie miało nieograniczony dostęp do jedzenie.

Aż w pewnym momencie przestaliśmy móc udawać, że to coś innego jak bęben wypełniony kociakami.

Najwyraźniej ciąża musiała powstać tuż przed spotkaniem z nami – to może tłumaczyć, dlaczego weterynarz się nie zorientował. Albo po prostu ma słabe USG.

Tak czy inaczej – do dwóch tygodni na świecie powinny być kociaki. Którym, jak zakładałam, trzeba będzie znaleźć nowe, dobre domu.

Zakładałam do wczoraj…

– Myślisz, że można komuś na poniewierkę wydać własne wnuki? – rzucił wczoraj Małż.

O, ho! Trzymajcie kciuki, żeby tych kociąt nie było zbyt wiele…